Szkółka narciarska mnie zawiodła

Tydzień temu wróciłam z rodzinnego wypadu w góry. Byliśmy tam przez siedem dni, w okolicach Zieleńca. Jeździliśmy tam często latem, żeby wędrować po górach, ale nigdy nie byliśmy tam o tej porze roku. W końcu zdecydowaliśmy, że przyszedł czas byśmy nauczyli się jeździć na nartach wraz z mężem, bo oboje jesteśmy w końcu dorośli, a takiej umiejętności nie nabyliśmy.

Niestety, nie każda szkółka daje gwarancje nauki jazdy

nartyW końcu to trochę jak pływanie czy jazda na rowerze. Każdy to przecież potrafi. A my nie chcieliśmy być gorsi od naszych znajomych, którzy co roku wyjeżdżają w Alpy i chwalą się zdjęciami ze stoku. My oczywiście sobie też takie zrobiliśmy, żeby wiedzieli, że my też potrafimy. Choć w zasadzie nie potrafimy. Szkółka narciarska do której się zapisaliśmy twierdziła, że każdego nauczy jeżdżenia na nartach w pięć dni. Mieli profesjonalną stronę internetową, opinie uczniów na niej, wiele pięknych zdjęć gór i innych takich. Zapłaciliśmy za naukę, jednak nie jesteśmy zadowoleni z rezultatów. Umiemy się co prawda utrzymać na nartach, kawałek zjedziemy, czasem nawet uda nam się wyhamować, ale o płynnej jeździe samodzielnie nie ma mowy. Nie tak miało być! Nie zamierzałam co prawda brać udziału w mistrzostwach świata i ścigać się na slalomach gigantach, ale liczyłam, że szkółka narciarska nauczy mnie normalnie jeździć, a nie tylko stać na nartach. Poza tym instruktor był dla nas bardzo niemiły i stwierdził, że dla takich jak my to tylko narty Czarna Góra biegowe się nadają. Zamiast poświęcić nam więcej czasu albo dać nam jakieś wskazówki to on nas tylko krytykował. Sam przecież też kiedyś uczył się jeździć!

Jak widać nie każdy nadaje się na instruktora, a my musimy za to płacić. W przyszłym roku musimy chyba wykupić jakieś indywidualne lekcje albo znaleźć inną szkółkę narciarską, bo inaczej narty do niczego się nam nie przydadzą.